
Po tych kilku dniach rozstań, gdy z Milanem żegnali się Maldini, Ancelotti i Kaka szukałem pewnej nadziei na lepsze jutro. Wierzyłem lub chciałem wierzyć, że ten Milan może w nadchodzącym sezonie być drużyną, która będzie zadziwiać, która będzie dominować, która będzie potrafiła wygrywać trofea, a nie pojedyncze mecze. Odnosiłem sytuację Rossonerich do Barcelony, która też zatrudniła trenera bez doświadczenia, sprzedała kilku graczy, między innymi Ronaldinho, którego sytuację zacząłem porównywać do sytuacji Kaki. Myślałem, analizowałem, utrzymywałem postawę niepoprawnego optymisty, starałem się za wszelką cenę tworzyć porównania między Milanem a Barcą. Te wszystkie zapowiedzi Leonardo o pięknej grze, ten powiew młodości na skrzydłach, to zrewolucjonizowanie ustawienia, inne typy treningu. To wszystko utrzymywało mnie w nadziei, że Milan tak jak Barca może rozegrać fantastyczny sezon. Z czasem było coraz trudniej wierzyć w moje marzenia...
Przyszły porażki transferowe, powiew młodości na skrzydłach skończył się na powrocie 33 letniego Oddo z wypożyczenia, zaciskanie pasa przez Gallianiego coraz bardziej dawało się odczuwać. Kompromitujące historię jak te z Cissokho bądź Luisem Fabiano nie pomagały patrzeć optymistycznie na następne mecze. Przegrywaliśmy, graliśmy słabo, Ronnie był nadal wolny, gruby i irytujący. Nawet Pato stracił gdzieś swój entuzjazm, poza boiskiem jak i na boisku. Czas biegł... do rozpoczęcia rozgrywek było coraz bliżej. Na horyzoncie nie było widać ani lepszej gry zespołu, ani wzmocnień w postaci transferów. Lecz nadal trzymałem się nadziei po cichu wierzyłem, że będzie lepiej. Z każdym dniem nadzieja coraz bardziej gasła...
I przyszedł czas inauguracji rozgrywek. Milan jednym meczem zapomniał wszystko co się działo wcześniej, wygrał o Trofeo Luigi Berlusconiego z Juventusem po karnych. Nic w tym nadzwyczajnego. Tylko oglądając Milan we wcześniejszych spotkaniach nie widziałem tej chęci zwycięstwa wreszcie coś zaczęło wychodzić. I znów optymistycznie spoglądałem na sezon. Zaczęło się dobrze, zwycięstwo w Sienie na początek rozgrywek. W klubie zapanowała radość tak samo jak ja, tak i piłkarze poczuli, że mogą wygrywać, że ten sezon może być wielki. Słuchając Leonardo, który mówił, że muszą jeszcze dużo pracować, aby wytworzyć pewne mechanizmy napawało mnie ogromnym optymizmem i znów zacząłem szukać bezpodstawnych porównań między Milanem a Barcą, wydawało mi się, że mamy coś wspólnego, jednak ta bańka szybko prysła...
Nasz odwieczny rywal w meczu derbowym pokazał nam nasze słabości, pokazał, że wszystko to co mówi Leo było ułudą. Dinho z meczu na mecz miał się poprawiać, Milan z meczu na mecz miał grać coraz lepiej, ładniej, spektakularnej. Po porażce 0:4 było trudno znaleźć pozytywy z tego meczu. Milan zamiast się rozwijać znów się cofnął, znów zaczęły się tworzyć wątpliwości, narastały pytania, na które często brakowało odpowiedzi. Bycie kibicem nie jest łatwe, prawdziwy kibic, który kocha swoją drużynę ciągle ma wiarę, stara się spojrzeć obiektywnie na sytuację, ale nadal będzie miał tą iluzoryczną nadzieję, którą nie będzie mógł poprzeć żadnymi argumentami. W następnych meczach były chwile radości i smutku, chwilę zakłopotania i chwilę euforii. Prawdziwa boska komedia w której raz jest się w piekle, raz w czyśćcu, a raz w niebie. I to niebo nastąpiło...
Po meczach rozczarowań, nadal miałem nadzieję, niepoprawną wiarę, że ten sezon nie jest stracony, że możemy wrócić do gry o wszystkie trofea. Patrząc na grę, na to wszystko co się działo wokół Milanu, momentami uświadamiałem sobie jak bardzo wierzę w ten klub, jak bardzo jestem niepoprawnym optymistą. Po meczu z Romą przyszła jedna ważna odpowiedź: jak grać żeby wygrywać. Leonardo pracował nad tym 4 miesiące i wreszcie się udało. Już przestałem szukać porównań do Barcelony. Zrozumiałem, że Milan tworzy nową historię. Zmienia Serie A jak to kiedyś uczynił Sacchi, tworzy nowy trend na piękną grę. Wychodzi z założenia, że aby wygrać muszę strzelić więcej bramek niż rywal. Utrzymujemy kapitalną passę meczów bez porażki ale żeby się liczyć w walce o trofea, tak trzeba grać. Wydawało się, że Oddo nie może się już rozwinąć, a jednak widać zmiany na lepsze, Ronaldinho zaczął zadziwiać, tworzyć na boisku show wraz z Pato - są nie do zatrzymania. Thiago Silva wraz z Nestą są kapitalną parą stoperów, rola Pirlo i Ambrosiniego jest nieoceniona, potrzeba było poświęceń. To na prawdę wypaliło, a przecież to dopiero początek. Bycie kibicem to fantastyczna rzecz, a nadzieja zawsze umiera ostatnia, moja nigdy nie umrze. Forza Milan!