|
Pfff… To
pierwszy dźwięk jaki wydałem z siebie w 72 minucie spotkania Milan- Roma, kiedy
bramkarz gospodarzy po raz kolejny w tym sezonie wyjmował piłkę z bramki na
stadionie San Siro. Brak gniewu, zero wyładowań w rodzaju stłuczonego talerza
po zetknięciu ze ścianą, po prostu zwykłe parsknięcie, pfff…
Chmury kłębią się nad… chmurami.
Nurtujące
jest pytanie, czy Milan obecnie stał się ewenementem, ósmym cudem świata. To
co rossoneri ostatnio robią jest wprost
niesamowite, wszystkie prawa nauki po prostu nie idą w parze z ostatnimi
osiągnięciami. Pierwszy raz w życiu spotykam się z sytuacją, że zaginiona rzecz nie zmienia właściciela, a po prostu znika. Formy nie ma. Obecna jedenastka Milanu na boisku wygląda jak zlepek przypadkowych ludzi.
Zero zrozumienia, każdy się przekrzykuje, a o głównym celu zapomina.
Sucho w gardle.
Trudno jest
mi pisać takie słowa, ale obiektywnie mówiąc AC Milan to największe
rozczarowanie nie tylko Serie A, ale całej Europy. Ten kac po tryumfie w Lidze Mistrzów trwa za długo, a
tacy zawodnicy jak Seedorf, Dida, czy Kaka powinni mieć doświadczenie w świętowaniu
zwycięstw. Lecz koniec już tej ironii i czarnego humoru. Bo co tu jest
śmieszne. Fakt, że powoli można zauważyć, że tifosi Milanu mają suche gardła, nie prognozuje niczego
dobrego…
Ważne jest się odbić i utrzymać na wyżynach.
Może
nadszedł okres, który często spotyka wielkie kluby, okres próby, sezon
przetrwania. Każdy pamięta jak Inter bił rekord w kategorii „remisy”, kiedy
nic nie szło, a i szczęście czarno-niebieskim nie dopisywało. Niedawno jeszcze Barcelona
(z Cocu, Overmarsem, Reizigerem, czy de Boer’em w składzie) biła się o o „szczytną”
10 pozycję La Liga. Kto z nas nie nabijał się z „niesamowitych galacticos” Te trzy
kluby niedawno także przeżywały gorsze chwile, a potrafiły powstać z kolan. Barcelonie
pomógł Ronaldinho, Realowi Robinho. Czekam z niecierpliwością na Pato…
|